Przystanek 6 - Spotkanie z Amy Farrah Fowler

    Znowu się wkręciłem.
Po kilkumiesięcznej przerwie powróciłem do oglądania pewnego serialu.
Myślę, że jest on na tyle znany, że nie potrzebuje specjalnej reklamy lub recenzji.
    Wypadkową całej historii i kolejnych perypetii jest spotkanie czwórki genialnych naukowców. Młodzi, inteligentni i spełniający się zawodowo faceci, którzy w żaden sposób nie potrafią nawiązać trwałych relacji z kobietami.
    Nie wiem, czy to reguła ale każdy z nas zna z własnego życia (o ile jego samego nie dotyka owy problem) przynajmniej jeden przykład ponadprzeciętnie zdolnej osoby, tak zwanego kujona, który jest w danej społeczności dyskryminowany albo nawet "gnębiony" z różnych względów. Bo albo nie lubimy, gdy ktoś jest od nas zawsze lepszy i wszystko zawsze wie albo nie lubimy dziwaków.

    Na początku serialu główni bohaterowie robią wszystko źle, gdy próbują znaleźć tą jedyną i właściwą. A może, by znaleźć w ogóle jakąkolwiek.
Choć prześcigają się w pomysłach i zabierają do rzeczy pozornie właściwie, po krótkiej chwili zazwyczaj wszystko wybucha, jak granat ręczny i rozrywa każdą szansę na strzępy.

    Pewnie tak była idea twórców serialu. Jednak wszystko po jakimś czasie przestaje śmieszyć, więc po kolei, jeden po drugim w końcu odnajduje przysłowiową drugą pasującą połówkę jabłka.
    Nawet Sheldon (i wszystko stało się jasne). Tak, mowa o "Teorii wielkiego podrywu". Sheldon jest, moim zdaniem, kręgosłupem serialu. A przynajmniej według mnie najzabawniejszym jego ogniwem. Wokół niego kręci się wszystko. W przenośni i rzeczywistości, ponieważ Sheldon jest książkowym przykładem narcyza. Ale to dopiero czubek góry lodowej, bo Sheldon jest przede wszystkim autystą i to połączenie zagraża całemu otoczeniu i jak podmuch bomby atomowej, zmiata wszystko i wszystkich, których dosięgnie.
    Chociaż oglądając serial wydaje się to absurdalne i nierealne, dzięki eksperymentowi kolegów, który miał być zwykłym zabawnym żartem i jemu udaje się spotkać kobietę, która ... ale to pozostawię milczeniem, gdyż może ktoś właśnie ogląda serial i jeszcze nic nie wie.

     Amy, wybranka Sheldona, jest naukowcem, również o nietuzinkowej wiedzy i mądrości. To kobieta, która odnosi ogromne sukcesy zawodowe ale społecznie jest odizolowana, jak męscy główni bohaterowie.
Choć przyciąga i imponuje umysłem, fizycznie blednie.
Skromna i nudna fryzura, a także ubiór, niedoświadczenie towarzyskie, gafy i nietakty przyklejają jej łatkę "szarej myszki".
Amy, poprzez swoją grację słonia w składzie porcelany, jest na początku śmieszna . Czasami denerwuje, jak Sheldon.
Świadomie, czy nie początkowo nie zwraca się na nią uwagi.
Amy ginie w tłumie.
Amy jest szara i bez wyrazu.
Amy jest dziwakiem i dla mnie przez długi czas jest zupełnie nieatrakcyjna.

    Jednak dopasowanie tej dwójki przeraża, a ich początek można spuentować słowami owych kolegów, którzy zainicjowali spotkanie:
Co myśmy najlepszego zrobili !!!

    Tak, zapowiada się chaos i zagłada.

    Jednak okazuje się, że Amy jest nieprzeciętnie inteligentna i bystra. Wbrew pozorom szybko się uczy, rozpoznaje błędy, elastycznie zmienia taktykę, posiada intuicję i wrażliwość.
A przede wszystkim Amy bez pamięci poddaje się i daje porywać uczuciu względem Sheldona. Choć trudno to zrozumieć, poza jednym jedynym, małym wyjątkiem, Amy jest przekonana, że Sheldon to właśnie ten jedyny i właściwy. Otoczenie widzi w Sheldonie dziwaka, egoistę, bezdusznego chama, a ona patrzy na niego, jak na nieoszlifowany, wyjątkowy diament.
Zakochana po uszy, zabiera się bardzo sumiennie do osiągnięcia swojego celu, czyli ostatecznego usidlenia swojego wybranka.
Są przemyślane fortele, zabiegi i podstępy.
Czasami z mniejszym lub większym efektem.

    Jeden z moich ulubionych epizodów, to ten, gdy Amy w misterny sposób przygotowuje randkę z Sheldonem w swoim domu.
Sheldon z właściwym sobie stylem, eksponując swoją mądrość i oczywiście nieulegającą wątpliwości inteligencję, zdaje się demaskować i obnażać "podstępne" działanie Amy.
Kiedy ta, jako romantyczne tło muzyczne, puszcza melodyjkę ze starej ulubionej gry Sheldona, ten z sarkazmem zauważa:
- chcesz skojarzyć ten moment, bym go pozytywnie zapamiętał z nostalgicznym i wspaniałym wspomnieniem z mojego dzieciństwa....?
Amy tylko się uśmiecha.
Gdy pyta się Sheldona, czy miałby ochotę na jego ulubiony shake truskawkowy, kolejny niezapomniany skarb jego młodzieńczych lat, ten komentuje, że chce go przekupić, jak robiła to zazwyczaj jego własna matka.
Amy jeszcze szczerzej się uśmiecha.
A gdy ukochana przechodzi do dania głównego, odkrywając pokrywkę stojącego na stole półmiska i proponując pizzę i kawałkami hamburgera, Sheldon w fali euforii rzuca:
- o rety, jak w domu...!
Dodając:
-chyba musimy to częściej powtarzać...!
I w tym momencie gryzie się w język, zauważając, że Amy zastawiła na niego pułapkę i mimo jego czujności, wyszła z tego zwycięstwo.

    Amy powoli ale wytrwale dojrzewa w tej relacji. Z szarej, lekko żartobliwej, beznamiętnej postaci rozwija się w cierpliwie słuchającą i niesamowicie wrażliwie reagującą kobietę.
Amy imponuje spokojem. Prawie, jak gladiator, przyjmuje mniejsze i większe nietakty i ciosy Sheldona. Zdaje się coraz lepiej go rozumieć i coraz mocniej akceptować to, jaki jest. Przy tym nie lekceważy jego gruboskórności i okrucieństwa. Z jednej strony wydaje się rozumieć, że owe negatywne zachowanie w większości przypadków płynie z Sheldona nieumiejętności czytania emocji i tzw. słów miedzy wierszami ale z drugiej strony konfrontuje go z ową prawdą i w iście mistrzowski sposób, wykorzystując przykłady, tłumaczy jego błędy i słabości.
    A co najważniejsze zwykle odnosi sukces i dociera do ukochanego, do jego prawdziwych przemyśleń i wniosków, często zagubionych w egoistycznych przyzwyczajeniach i zwyczajach Sheldona.
    Na oczach widza zarówno Amy, choć inteligentna ale niepozorna szara myszka i rozpieszczony, samolubny i myślący wyłącznie o sobie Sheldon zmieniają się i ukazują piękne, dobre i wrażliwe postawy.

    Amy czyni cuda. Działa rzeczy, które nie udały się nigdy i nikomu.
Jak Dawid z gracją i pomysłowością powala Goliata, niepokonanego, siejącego strach olbrzyma.

    Dałbym oskara twórcy i pomysłodawcy postaci Amy.
Choć to fikcja Amy jest przykładem dobra, które potrafi zwalczyć zło.
Amy dzięki swojej cierpliwości, wrażliwości, spokojnemu usposobieniu, pokorze, wytrwałości i oczywiście wewnętrznej mądrości ale i także pracy nad sobą i emocjami, przemyślanej pracy nad drugą osobą odnosi sukces, dociera do celu.
Amy udaje się okiełzać dzikość i nieokrzesanie Sheldona.
Amy dociera do jego wnętrza i poprzez własną postawę zmienia jego samego. 

Amy fizycznie się nie zmienia, wizualnie jest nadal tą dawną, niepozorną osobą. Przechodzi jednak niesamowitą wewnętrzną i mentalną przemianę.
A ja łapię się na tym, że Amy coraz bardziej mi się podoba, ponieważ odkrywam czym dla mnie jest kwintesencja i istota kobiecości. 


Prolog

    Od dobrej godziny snuliśmy się piaszczystymi uliczkami po tej zaspanej i skąpanej w ciszy wiosce. O ile w ogóle to miejsce mogę tak nazwać, choć prawnie właśnie taki status posiada. Wygląd dzisiejszej wsi odbiega znacząco od obrazu, który nadal przechowuję w swojej pamięci. Od obrazu babcinej wioseczki, leżącej na wzgórzu w dolinie Wisłoki w północnych Bieszczadach.  
Dziś wieś nie ma rozciągniętych po łąkach, czarnobiałych stad krów. Nie ma zapachu pochrząkujących świń. Nie przygląda ci się podejrzliwie, stojący na straży kogut, chroniący sporej gromadki opierzonych dam. Trwa tak w dumnej postawie, przekrzywiając małą główką raz w lewo, raz w prawo. Grzebiąc w ziemi leniwie co jakiś czas chudymi łapkami, zakończonymi twardymi i zakręconymi szponami. W przeciwieństwie do niego, jego towarzyszek nie interesuje nic, poza wpatrywaniem się w seksowne, pokryte łuską czerwone łapki samca alfa. Tylko czekają na to zgrabna skrobnięcie gleby, a wówczas w poruszeniu ale pieczołowicie lustrują porytą ziemię w poszukiwaniu zaskoczonych robaków. 
Na dzisiejszej wsi nie ma też koni i wozów. Przed każdym niemal domem stoi samochód, czasami dwa, nierzadko super luksusowe marki. Nie ma złotych łanów zbóż i niebieskich odcieni chabrów. Nie ma odgłosu maszyn na polach. Ludzie nie uprawiają ziemi. Ziemniaki i cebulę kupują w biedronce. Ciężkie wory warzyw i owoców przyjeżdżają do nas lub przypływają z dalekich krańców Europy i nie tylko. Choć ziemi u nas pod dostatkiem. Jest żyzna i płodna. 
Ta wioska nie ma już tego zapachu, gwaru i magii. Choć może ta magia była tylko tworem wyobraźni dziecka, jakim byłem i tych beztroskich wakacji, jakie spędzałem u babci na wsi.
Z zamyślenia wyrywa mnie głos w a samochodzie:
- chyba nie znajdziemy tego domu!
- daj mi jeszcze chwilę - odpowiadam, chociaż wiem, że Aga jest już na granicy cierpliwości lub jej utraty i naprawdę mam ostatnią szansę, by szczęśliwie trafić na budynek, który udało mi się zlokalizować na mapie google. 
    A zaczęło się od ogłoszenia sprzedaży nieruchomości na witrynie otodom.pl. Obejrzałem zdjęcia, zamieszczone przez ogłoszeniodawcę. Szczegółowo przyjrzałem się przede wszystkim fotkom zrobionym na zewnątrz. Dokładnie przeanalizowałem ułożenie budynków sąsiadujących i postanowiłem odszukać tą nieruchomość w realu. Z jednej strony po to, by dotrzeć bezpośrednio do właścicieli, omijając pośredników, a tym samym próbując zaoszczędzić na prowizji. Z drugie strony, by w spokoju wszystko obejrzeć, bez ciśnienia, oczekiwań i zobowiązań.
Natrafiałem na to ogłoszenie regularnie już od dobrych kilku miesięcy. Od czasu do czasu znajome zdjęcia rzucały mi się w oczy. Do tej pory odrzucałem je stanowczo. 
O dyskwalifikacji decydowało tylko jedno, jedyne kryterium: dom był po prostu za daleko Olsztyna, gdzie na razie wspólnie mieszkaliśmy. Niestety wkrótce musiało i miało się to zmienić, a gdybym się tutaj przeprowadził, mielibyśmy do siebie spory kawał drogi, co byłoby dużym logistycznym utrudnieniem w naszej i tak niełatwej relacji. 
Po miesiącach poszukiwań, po dziesiątkach domów, które obejrzałem, niektóre nie przechodziły nawet wstępnej wizji lokalnej z zewnątrz. Po tysiącach rozmów z pośrednikami, byłem już tak załamany i zdesperowany, że w końcu zdecydowałem się na ten dom spojrzeć.
Nieruchomość, poza tym, że, jak wspomniałem, do tej pory nie brałbym tej inwestycji na poważnie właśnie przez lokalizację, posiadała mimo wszystko kilka atutów. Cena była dla mnie osiągalna, co było, nie ukrywam, mega ważne i przystępna, mimo że dom nie był wykończony. Jednak pomyślałem sobie, że to też mogę obrócić na moją korzyść, bo to przecież okazja, by  "cztery ściany" samemu wykończyć i zaaranżować poszczególne pomieszczenia, bez konieczności akceptowania gustów i rozwiązań innych ludzi. Poza tym dom był duży i posiadał realne możliwości podzielenia go na 2 osobne mieszkania, a o to nam właśnie chodziło. Dzięki temu, moglibyśmy złapać przysłowiowe, dwie sroki za ogon. Mielibyśmy dwa mieszkania, po jednym dla każdego, pod jednym dachem. Tak to sobie wymyśliłem. 
Sprytnie, nieprawdaż?
- może już wracajmy. Szkoda naszego czasu. Muszę się jeszcze przygotować na jutrzejsze zajęcia w szkole - słyszałem już irytację w głosie mojej pasażerki i sam zaczynałem się denerwować jej zniecierpliwieniem. 
Bo to jest tak: Agnieszka jest z natury cierpliwa ale kiedyś w końcu zaczyna marudzić. Na początku tego stanu, jeśli robimy coś, na czym mi zależy, jestem w stanie opanować te jej narastające negatywne emocje i mam szansę ją ugłaskać ale każdy ma swoje granice i ona także. Jeśli pozwolę jej, tą jej granicę przekroczyć, zacznie się złościć na poważnie, a od tego już tylko malutki krok do strzelenia focha. 
A jak to się stanie to już pozamiatane. 
Obrazi się.
Zamknie.
Nie będzie odzywać.
I szlag trafi całą atmosferę i nastrój. 
A wtedy będę próbował ją "przywrócić do życia", a ta moja cholera jest bardzo uparta i za punkt honoru bierze sobie twarde obstawanie przy swoim. I kiedy ta sytuacja się przeciąga, sam zaczynam się złościć, aż w końcu się wkurzam. 
Po czym się kłócimy dość intensywnie, jak przystało na nasze temperamenty. W takich momentach rzadko dochodzimy do porozumienia. Wzburzeni widzimy tylko własne racje i kończy się tym, że śpimy odwróceni do siebie plecami. Ba czasami nawet ktoś, ten bardziej obrażony, ląduje na kanapie. A już w najgorszych, ekstremalnych sytuacjach Aga pakuje swoje rzeczy i  w teatralny sposób oznajmia mi, że ten związek nie ma sensu i się wyprowadza.
Wtedy tydzień z życia mamy z głowy. 

Przystanek 5 - Miejsce 17 w pociągu do Modlina

    W zasadzie chciałem się wyciszyć i w spokoju poczytać kupione na dworcu gazety.
Siedziałem właśnie w pociągu i zmierzałem na lotnisko w Modlinie. Mimo czekających mnie długich dni pracy, cieszyłem się na ten moment z lekturą. Pełni szczęścia dopełniał fakt, że choć wagon był prawie pełny, obok mnie miejsce było puste.
Rzadkość.
Przeglądałem kartki.
Jednak głosy z przodu cały czas wytrącały mnie z kontekstu.

    Przede mną siedziało dwóch studentów.
Wiem, wiem, nie wolno podsłuchiwać ale ja w zasadzie oddałbym wszystko, by siedzieli gdzie indziej, a ja mógłbym cieszyć się swoim spokojem.
Nie podsłuchiwałem ale po prostu nie byłem w stanie nie słyszeć ich rozmów.
    Tematy były różne i błahe i poważne. Kilka słów o kobietach, kilka o kosmosie i jego kolonizacji, kilka o studiach i przyszłości.

W którymś momencie padło pytanie:

- ... A wierzysz w ogóle w Boga?...

Padła odpowiedź:

- ... Hmm, a więc to jest tak. Sądzę, że jest coś większego od nas. Jakaś siła wyższa ale czy to jest Bóg. Poza tym istnieje tyle religii, skąd mam wiedzieć, który z bogów jest prawdziwy ...

    Aż mnie korciło, żeby się odezwać. Innym tematom trochę się przysłuchiwałem ale tym razem aż nie podskoczyłem na krześle. Powstrzymało mnie chyba tylko to, że do końca nie wiedziałem, co powiedzieć.

    To jest moja największa wada, że we właściwych momentach, na przykład w trakcie dyskusji, brakuje mi dobrych odpowiedzi, a później, gdy mam czas, na spokojnie potrafię znaleźć tuzin ostrych, jak brzytwa argumentów.
Zazwyczaj wkurzam się, że pomysły nie przyszły wcześniej. Tym razem nie było to akurat takie istotne ale faktycznie, jakiś czas później wróciłem w myślach do owej sceny i pytania.
    Zastanawiałem się, co mogłem wtedy powiedzieć.

Bardzo prosto:

Po pierwsze: kiedyś usłyszałem słowa, że jeśli czegoś nie widzieliśmy, to wcale nie oznacza to, że tego nie ma. Wielu rzeczy nie widziałem, a przecież wiem, że są.

Nigdy nie widziałem naprawdę swojego serca, a wiem, że je mam.
Nigdy nie udało mi się dostrzec powietrza ale wiem, że je wdycham.
Nigdy nie byłem na marsie ale wiem, że byli i tacy, którzy  postawili na nim swoje stopy.

To, że nie widziałeś Bóg, wcale nie znaczy, że go nie ma.

Po drugie: przeczytałem jakiś czas temu świetny tekst i od tamtego momentu trzymam się tego i próbuję nie stracić równowagi. Autor napisał następującą rzecz odnośnie wiary w Boga.
Stwierdził, że on osobiście drogą własnych doświadczeń i przemyśleń, nie widzi innej możliwości, jak tylko wierzyć w Boga.

Dlaczego?
Odpowiedź jest dziecinnie prosta.
Woli zostać głupcem, niż w najgorszym przypadku stracić wszystko.

Dlaczego głupcem?
Zamierza trzymać się mocno swojej wiary, żyć i postępować zgodnie z jej zasadami, aż nie przeżyje wszystkich swoich dni. Nie wspominając o tym, że wcale nie stanowi to dla niego problemu, wręcz przeciwnie sprawia, że jest człowiekiem spełnionym, jeśli przyjdzie ten dzień i pożegna się ze swoim życie, a okaże się, że Boga nie ma, będzie tylko głupcem, a odchodząc w nicość i tak się tego nie dowie.
Natomiast jeśli stwierdziłby, że Boga nie ma i nie będzie w Niego wierzyć, a kiedy umrze przyjdzie mu stanąć przed Bożym obliczem i okaże się, że na wszystko jest już za późno, a on straci wszystko na zawsze.

Po trzecie: nikt nie ma wpływu na pewne rzeczy z góry narzucone. Nikt nie pyta się nas na przykład gdzie i kiedy chcemy się urodzić.
Czy jesteśmy
Polakiem
mężczyzną
katolikiem
niskim
ze średnio - sytuowanej rodziny
z dużego miasta
....

Po prostu przyjmujemy pewne rzeczy.
Dlatego uważam, że jeśli urodziłem się w katolickim domu i tak zostałem wychowany, powinienem być temu wierny.

Gdybym teraz ponownie usłyszał tych chłopaków, rzuciłbym po prostu:

Nie bądź głupi!

Przystanek 4 - Niezamknięte okienko

Jest w moich myślach takie małe okienko.
Jedno z wielu.
Zwykłe.
Niczym niewyróżniające się.
Jedno z tysiąca.

Czasami spoglądam przez nie na świat z drugiej strony.
Jak często?
Bardzo różnie.
Do owego okna podchodzę zwabiony muzyką.
Skuszony smakiem.
Zachęcony znanym miejscem, gestem, szczegółem, słowem.
Czasami świadomie, czasami bez zastanowienia.


Do tego okna podchodzę przywołany po prostu wspomnieniem.
Obrazy pojawiają się i odchodzą.
Jednym razem zostają krótką chwilkę, innym razem pozostają dłużej.
Jednego dnia zatapiam się w nich, a drugiego pospiesznie odpycham.

Świat za tym oknem zawsze wzbudza emocje i pozostawia smak na sercu.
Ten świat to wspomnienia i obrazy z pewnego okresu w moim życiu.
Jest jednym z wielu światów.
Niektóre ze światów stanowią odrębną historię, inne łączą się i uzupełniają.
Ten również przeplatany jest setkami przeróżnych scen i opowieści.
W zasadzie nie wyróżnia się niczym specjalnym, chociaż jest jedna mała różnica.
O tym świecie rzadko opowiadam.
Jest schowany w moich myślach.
Nie ukryty ale celowo pomijany.

Dlaczego?
Ponieważ wydaje mi się, że tak wypada.
Ponieważ nie chcę być nietaktowny.
Ponieważ nie chcę nikogo zranić.
Ponieważ nie chcę wzbudzić błędnych wniosków.

Od kilku lat jestem związany ze wspaniałą kobietą.
Jestem szczęśliwy i wiem, że ona również.
Jestem spełniony i chciałbym dożyć z nią przysłowiowej późnej starości.
Wszystko wydaje się być na miejscu.
Nie bez przyczyna ona i ten czas.

Nie chciałbym jednak teraz w tym miejscu zatrzymać się na kwestii naszej miłości.
Choć jest ona powodem moich przemyśleń, bowiem świat za owym oknem to czas, gdy byłem  w poprzednim długoletnim związku.

To była pierwsza prawdziwa, poważna i szczera miłość.
Wtedy także myślałem, że to ta jedyna.
Kochałem mocno i intensywnie.
Jednak życie zweryfikowano nasze uczucia, a przede wszystkim dojrzałość i siłę budowy naszej relacji.

Popełnialiśmy błędy i nie potrafiliśmy się na nich uczyć.
Długo szliśmy razem w jednym kierunku ale szarpani problemami zaczęliśmy się rozmijać.
Umieliśmy długo i szczerze ze sobą rozmawiać ale wpuściwszy złość i egoizm zapomnieliśmy wspólnego, wypracowanego języka.

Zawiniłem bardzo.
Okazałem się nieprzygotowany i niedojrzały.
Nie zdawałem sobie sprawy z błędnych decyzji i destrukcyjnego ich wpływu.

Nasz czas minął.
Bajka skończyła się.
Szczęście pękło.

Dziś jednak pozostało mi z tego okresu i związku wiele.
Ale najważniejsze jest doświadczenie.
Nauka, która wypłynęła z własnych ran i uniesień.

Dziś zawsze w głowie są słowa:
- pamiętaj, że wszystko można zepsuć!
- pamiętaj, że o miłość wciąż trzeba walczyć!
- pamiętaj, że uczucia ulegają zmianom i ewoluują!

To cenna nauka.
Jednak pozostaje problem tego okienka.

Czasami zastanawiam się, czy wolno mi przez nie spoglądać?
Nawet wtedy, gdy nieświadomie zwabiony wspomnieniem, zerkam zza zasłony.

Nie robię tego z tęsknoty za utraconym czasem.
Nie z pragnienia odzyskania miłości.
Nie z powodu osoby.

Tamta kobieta, tamten świat był i jest dla mnie ważny.
Nie mogę tego wymazać, jak błędu.
Nie mogę zapomnieć, jak gdyby to nigdy nie miało miejsca.

Spoglądam na poszczególne sytuacje.
Przywołuję pamięcią zdarzenia, miejsca, rzeczy.
Oczywiście towarzyszą temu emocje, często bardzo silne.
Niekiedy wspomnienia są tak intensywne, że czuję się, jakbym znowu był żywy tam w tamtym miejscu.
Zdarza się, że odczuwam coś na kształt tęsknoty, bólu straty, rozczulenia.
Jednak nie zamieniłbym mojego tu i teraz na to, co za mną.

I o tym boje się mówić.
Lękam się opowiedzieć o moich wspomnieniach i emocjach.
Obawiam się, że mogę zostać źle zrozumiany.

A może faktycznie te myśli są złe.
Może niosą ze sobą zgubny wpływ.
Może powinienem zamknąć za sobą to okienko i zasłonić kotarę zapomnienia?

Na razie okienko zostawiam otwarte, jednak ukrywam je nadal we własnych myślach.

Przystanek 3 - Z dworca głównego

Wczoraj jechałem z narzeczoną samochodem i nagle powiedziałem do niej:
- nie wiem, jak ogarnąć całą tą sytuację z moimi rodzicami !!!
 Ona spojrzała na mnie i zapytała:
- co masz na myśli ???

No właśnie, co mam na myśli?
Tak często to wałkowałem, rozciągałem, ugniatałem, formowałem i piekłem.
Za każdym razem na sto różnych sposobów i do tej pory nie jestem zadowolony z efektu.
Niby wszystko gra ale jakby smak nie ten, konsystencja zła, zapach średni.

Zacznę od końca.

Ostatni raz z moją Mamą rozmawiałem 3 lata temu.
Ostatni raz z moim Tatą rozmawiałem 6 lat temu i właśnie wtedy widziałem ich ostatni raz.
Nie, nie odeszli.
Żyją i mają się dobrze, jak na swój wiek.

Tego dnia, przed 6 laty, odwiedziłem ich.
Długo się do tego zbierałem.
Bałem się.
Jednak moje serce rozpierała nadzieja i wiara.
Tak, rok wcześniej nawróciłem się.
Byłem zakochany w Bogu.
Moje życie zmieniało się i powoli stawało na głowie.
Przestawiałem hierarchię własnych priorytetów.
Porządkowałem swoje serce i chciałem uporządkować relacje z moimi rodzicami.
Jechałem do nich pełny optymizmu, choć naprawdę nie wiedziałem, jak zareagują.
Wszak nie mieliśmy ze sobą kontaktu od 15 lat...

Odświętnie ubrany stanąłem przed nimi.
Myślę, że byli kompletnie zaskoczeni.
Czy kiedykolwiek wyobrażali sobie ten moment?
Czy w jakikolwiek sposób pragnęli go?
Co wtedy czuli?
Nie wiem.

Zacząłem mówić.
Ta chwila była trudniejsza, niż przypuszczałem.
Głos mi się łamał, drżał.
Nie potrafiłem powstrzymać łez.
Wypowiadałem słowa, które naprawdę płynęły z mojego serca.

Wiem to teraz i wtedy to rozeznałem, że i Ja byłem i jestem odpowiedzialny za to, że nasza relacja urwała się, jak zbyt mocno naprężona nitka.
Właśnie to im powiedziałem.
Wyznałem, że jest mi przykro z tego powodu.
Na koniec wyznałem, że przez te wszystkie lata, mimo tego, że nie rozmawialiśmy, myślałem o nich, bo są dla mnie ważni i kocham ich.

...

Mój Tata wstał bez słowa i wyszedł.
Nigdy później i aż do dziś nie wypowiedział do mnie słowa.

Czy otrzymałem to, na co zasłużyłem?

15 lat wcześniej Tata zawiózł mnie na dworzec i wsadził do pociągu. Musiałem wracać na studia.
Mieliśmy za sobą bardzo trudny i napięty okres.
Rodzice dowiedzieli się, jak chcę budować siebie, w jakim kierunku chcę iść, jakie mam plany na przyszłość i kompletnie im się to nie spodobało.
Po raz pierwszy w życiu powiedziałem czego pragnę i co myślę.
Nie byli z tego zadowoleni.
Zabronili mi tego wszystkiego.
Chcieli zamknąć mnie w domu, bym realizował ich wizję samego siebie.
Były groźby i perswazje.
Miałem wrócić na studia ale z przykazaniem, by stosować się do ich wytycznych.

Tamtego dnia Tata zawiózł mnie na dworzec.
Wsadził do pociągu i powiedział:

- kocham cię.

Nigdy wcześniej nie słyszałem z jego ust tych słów.

Pociąg ruszył.
Odjeżdżałem .
Toczyłem się w swoim kierunku i nigdy już nie miałem wrócić.
Oddalałem się od mojego Taty.
Odległość rosła, a wraz z nią stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy.

Chciałem tylko żyć i być szczęśliwy.

Zrealizowałem własne plany i jestem spełniony.
Jestem sobą.
Zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym musiał.
Nie popełniłem błędu.
Gdybym został...
Żyłbym nieszczerze, nieprawdziwie, nieszczęśliwie.

Tamtego dnia w pociągu to mój Tata powiedział do mnie, że mnie kocha, a ja podjąłem decyzję i wybrałem własne życie.
Może dlatego, gdy po latach stanąłem przed nim i powiedziałem:
-kocham cię,
on odwrócił się i odszedł.

Przystnek 2 - Być ponad to

Być ponad to.

Być nie więcej ale mniej.

Nie być pond to bogatszym, piękniejszym, sprawniejszym, odnoszącym sukces.
Tylko być ponad własną złość, uprzedzenie, egoizmem i ukochanie siebie.

Znowu jedno wyrażenie, a można je opatrzenie zrozumieć.
Znowu jedno skrzyżowanie, a można wybrać inną drogę.

Nie wiem skąd to wyrażenie pochodzi ale wiem, że często je w życiu używamy.
Pocieszając przyjaciela, którego dziewczyn lub żona miewa kobiece humorki, mówimy: daj spokój, bądź ponad to.
Pocieszając brata lub siostrę, których szef stosuje mobbing w pracy.
Pocieszając ciotkę po stracie ukochanego psa.
Pocieszając Mamę i Tatę, że jeszcze przyjdzie czas na wnuki.
Pocieszając żonę lub męża, gdy odmówiono im podwyżki.
Pocieszając... tak, inne osoby pocieszać łatwo wierząc, że prosto jest być ponad to.
Jednak samemu trudniej jest uwierzyć lub być ponad czymś, co nas boli, trapi i dotyka.

I odwrotnie.
Nie potrafimy zrozumieć, że przyjaciel nie może być ponad tym, że znowu nie możemy oddać mu długu, a brat nie może być ponad tym, że bez pytania wzięliśmy jego sweter, a rodzice ponad to, że akurat teraz nie mamy czasu, by ich odwiedzić, a żona ponad to, że zapomnieliśmy o rocznicy.

Być ponad to.
Znowu łatwiej narzucić to komuś innemu.
Znowu prościej dziwić się, że ktoś tego nie potrafi.
Znowu trudniej sememu się do tego dostosować.

22 lata temu ostatni raz normalnie rozmawiałem z moim Ojcem.

Trudno będzie mi być obiektywnym.
Trudno będzie mi być ponad to.

22 lata temu powiedziałem prawdę i podjąłem decyzję, która kompletnie nie spodobała się moim rodzicom i przez to nasze drogi się rozeszły.
Nie byłem i nie jestem bez winy.
Byłem święcie przekonany o swoich racjach, twardo obstawałem przy swoim, a później widząc reakcje, sprzeciw i mur milczenia, ja również odwróciłem się i poszedłem w swoją stronę.
Jednak nie na wszystko miałem wpływ, a częściowo rzeczy, o które źli byli rodzice zostały mi narzucone i nikt się mnie także nie pytał, czy tego chcę, czy nie.

Mijały lata, rocznice, pogrzeby i święta.
Mijał czas, a my stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy.
Nikt nie próbował rozmawiać, naprawiać.
Nikt nie chciał wyciągnąć pierwszy ręki.

Kilka lat temu moje drogi tak się pokręciły, a ja zagubiłem, że prawie popadłem w nicość. Na szczęście pomoc nadeszła z góry, odnalazłem Boga i poukładałem swoje życie.

Jestem teraz szczęśliwy!
Jestem teraz szczęśliwy...
Jestem teraz szczęśliwy?

Czy jestem szczęśliwy?
Czy potrafię być ponad to, że od lat nie mam kontaktu z rodzicami?

Zawsze mówiłem, że to nic.
Do siebie, do innych, do świata, do nich.
Mówiłem, że ich nie ma, że ich nie potrzebuję, że sobie poradzę.
I radzę sobie.

Mówiłem.
Ale czy tak czułem?

Czy byłem ponad to, że bolało mnie, że nie akceptują mnie i nie aprobują moich decyzji?
Wmawiałem sobie, że tak, a w życiu wciąż nieustannie walczyłem o akceptacje innych, próbowałem przypodobać się  ludziom i światu. Uśmiechając się i kłaniając.
Okrutnie przeżywając odrzucenia i porażki.

Mówiłem, że ich nie potrzebuję, że mam innych ludzi wokół siebie.
Ale czy tak było?

Czy byłem ponad to, gdy zasiadałem do wigilijnego stołu z rodzicami swojej dziewczyny?
Czy byłem pond to, gdy z najbliższymi mojej ukochanej jeździliśmy na ryby, chodziliśmy na grzyby, bawiliśmy się na rodzinnych imprezach?
Czy byłem ponad to, gdy remontowałem i urządzałem swój dom, podając wiertarkę ojcu swojej dziewczyny lub gdy mocowaliśmy deski na tarasie?

Nauczyłem się z tym żyć.
Nauczyłem się o tym nie myśleć.
Nauczyłem się za nich modlić.
Nauczyłem się nie pielęgnować złych emocji.
Wydaje mi się, że tych emocji nie ma, że jestem ponad to, bo tak powinienem.
Lecz czy jestem ponad to?

Kilka lat temu, gdy się nawróciłem, postanowiłem zawalczyć o nas.
Zdecydowałem się odwiedzić rodziców.
Poszedłem i przeprosiłem ich.
Powiedziałem, że zdaję sobie sprawę z tego, że swoimi decyzjami sprawiłem im przykrość, że ponoszę także częściowo winę za to, że nasze więzy się rozluźniły, że żałuję tych straconych lat.
Łzy płynęły mi po policzkach.
Na koniec powiedziałem, że mimo tych pustych lat myślałem o nich i że ich kocham.

Mój Ojciec wstał, odwrócił się i bez słowa wyszedł.

Później próbowałem jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu odpuściłem.
Dziś mija kolejny dzień, a my stajemy się sobie coraz bardziej obcy.

Mój Ojciec uważa się za gorliwego katolika, wierzy i chodzi do Kościoła.
Boli mnie to bardzo, ponieważ istotą nasze wiary jest miłość, przebaczenie, miłosierdzie.

Moje życie po nawróceniu bardzo się zmieniło, ja się zmieniłem.
Uczę się.
Przyglądam sobie.
Pracuję nad sobą.

Próbuję być ponad to.
Ponad to, że mój Ojciec nie potrafił sam wznieść się ponad własne rozczarowanie i zobaczyć we mnie swoje dziecko.
Ponad to, że nie miał odwagi, by mi powiedzieć: nie podoba mi się Twoja decyzja ale możesz na mnie liczyć.
Ponad to, że mimo moich wad, nie potrafił kochać mnie bezinteresownie.
Ponad to, że choć jest świetnym majsterkowiczem, niczego mi nie pokazał i niczego mnie nie nauczył mnie.
Ponad to, że choć go potrzebowałem i potrzebuję, nie chce być dla mnie wzorcem mężczyzny.
Ponad to, że mimo swoich emocji, upartości i gniewu, nie próbował nas połączyć.

Ostatnio usłyszałem na mszy piękne słowa o roli kobiety i mężczyzny w życiu każdej rodziny.
Wspomnę tu tylko o tej drugiej, męskiej stronie.
Otóż mężczyzna powinien być kanałem łaski dla każdej rodziny.
Ja rozumiem to w taki sposób, że mężczyzna powinien być łącznikiem.
Tak, jak kobieta scala dom swoją miłością, mężczyzna powinien chronić ją i prowadzić dobrą drogą.

Staram się być ponad to ale boli mnie, że mój Ojciec nie walczył o mnie.

Przystanek 1 - Święto Wszystkich Świętych

Dziś radosny dzień Wszystkich Święty.
Przez wielu opatrznie rozumiany, jak święto zmarłych. To znaczy skojarzenia te są, jak najbardziej właściwe, ponieważ w większości mówimy o tych, którzy odeszli ale to przede wszystkim ci, którzy tu w czasie ziemskiego życia tak bardzo spodobali się Bogu, że oczekiwał ich w Niebie z otwartymi ramionami i dołączył do grona swoich ukochanych.
Oczywiście chcielibyśmy, by każdy zwłaszcza z naszych najbliższych, przyjaciół i znajomych właśnie tam trafił  ale świadomi przede wszystkim siebie, wiemy, że to nie jest takie proste.
Ludzie wiary. Staram się też o sobie tak myśleć.
Jak to pięknie brzmi.
Tak dumnie.
Jednak, gdy się na sekundę nad sobą zatrzymam, mój biały czysty statek rozbija się o skały nie zawsze czystych słów, myśli, decyzji i czynów. A najgorsze są motywacje. Czy nawet najpiękniejsze gesty, które nie wypływają z mojego serca, dobra i bezinteresowności, a podyktowane są prywatnymi względami i chęcią osiągnięcia pewnego celu, nadal są piękne?
Przykład. W pracy boję się swojego przełożonego, bo to trochę człowiek niezrównoważony i potrafi świadomie, czy nie, stosować mobbing psychologiczny. Więc od czasu do czasu obmyślam, co zrobić, by sprawić mu przyjemność ale ?
Ale łapię się na tym, że przynosząc mu na przykład jego ulubiony rodzaj czekolady, nie robię tego, bo go lubię lub chce zrobić mu miłą niespodziankę płynącą z dobroci serca, lecz, by go pozytywnie nastroić. OK nazwij to właściwie, by podlizać się, by był w dobrym nastroju i dał mi spokój.

Motywacje, a czyn. Czyn a motywacje?

Poza tym  każdy kto ma choć trochę odwagi do prawdy i choć śladowe ilości samoświadomości wie, że wszystko jest zazwyczaj względne...
Każde słowo wymawiane przez kolejnego człowieka brzmi i smakuje inaczej.
Gdybyś zrobił wywiad wśród choćby swojej rodziny i zapytał o definicję najprostszych słów: miłość, pokój, prawda, wiara, zło i dobro. Otrzymałbyś zapewne sto tak bardzo różniących się odpowiedzi, jak niebo i ziemia.

A teraz siedzę sobie w sali jadalnej ogromnego hostelu w centrum Kolonii. Niestety po raz kolejny spędzam 1ego listopada częściowo w drodze i częściowo w pracy.
Niestety ale teraz chciałbym chwilę zatrzymać się nad tym słowem.
Niestety, bo siedzę tutaj.
Dla nas Polaków to święto jest ogromnie ważne.
Przemilczając to, że masowo i bezmyślnie mylimy dzień Wszystkich Świętych z dniem tzw. Zaduszek.
Tłumnie i z namaszczeniem przygotowujemy i sprzątamy nagrobki naszych bliskich, odwiedzamy je tego dnia, przynosząc tony wosku, kwiatów i wyjątkowo głośno wypowiadane modlitwy i prośby.

A ja siedzę tutaj.
Co prawda popijam świeżą kawę i podgryzam tosta z dżemem ale chciałbym spędzić ten dzień w domu z najbliższymi.

Ale?
Motywacje?

Przyglądam się swojemu sercu.

Jestem przygnębiony i nie czuję się komfortowo ale może dlatego, że zmierzam do pracy, czeka mnie kilka dni poza domem, z daleka od znajomych mi ludzi, którzy sprawiają, że czuję się bezpieczny.
Jestem tutaj, a tam w domu inni mają dzień wolny, ja za chwilę rozpocznę swoje obowiązki i czas, który nie zawsze jest prosty i spokojny.
Siedzę sam, a tam w domu wszyscy spotkają się po południu i razem zjedzą obiad i będą gawędzić.

Chciałbym spędzić to święto w domu i pójść na cmentarz, zapalić świeczkę, pomodlić się.

Jak bardzo jest to prawdziwe?

W przeddzień święta dowiedziałem się, że można uzyskać odpust zupełny.
Super.
Nie wiedziałem.
Powinienem?
Ale na jakich warunkach?
Nie wiedziałem.
Powinienem?
Każdego dnia jeden dla kogoś kto odszedł.
Aha.
Nie dla siebie?
Szkoda.
Egoista.
Czy dla kogoś innego starczy mi zapału, by wypełnić wszystkie warunki.
A pierwsza myśl była przyjemna, by znowu o siebie zadbać.

Motywacje.

Pójść na cmentarz, zapalić świeczkę, pomodlić się.
Jak bardzo świadomie?
Jak mocno i intensywnie prosiłbym o przebaczenie, nie dla mnie, dla kogoś innego?
Czy nie ograniczyłbym się do znaku, gestu, tekstu modlitwy?

Prawda choć zawsze tylko jedna, nie zawsze właściwie rozpoznana.

A ja siedzę tutaj i rozglądam się.
Wokoło pełno ludzi.
Samotnie i w grupach.
Jedzą. Milczą i rozmawiają.
Planują kolejny cenny czas ich życia.

Rozglądam się i dochodzę do wniosku, że jestem we właściwym miejscu.
Mój stolik znajduje się pośrodku sali. Pod sufitem wiszą ogromne żyrandole, które rzucają światło na obie górne nawy. Spoglądam na schody z przodu sali prowadzące na podwyższenie. Teraz jest puste ale wcześniej stał tam wielki stół z kamienia. Wyobrażam go sobie. Za nim ściana i szafeczka z małymi przepięknie zdobionymi drzwiczkami. I to charakterystyczne czerwone światełko, które każdemu odwiedzającemu mówiło, że tu Jesteś.
Widzę to oczyma wyobraźni.
Kiedyś był tu Kościół.
Teraz jest hostel.

Uśmiecham się, bo mimo tej zmiany, nadal przychodzą tu ludzie.
Nadal tłumnie.
Nie wszyscy są świadomi tego miejsca ale ja wierzę, że nadal tu Jesteś.
I nadal przyciągasz.
A wielu nawet nie wie, że tutaj spotyka Ciebie.








Z drogi

Wyruszyłem...

Moja wędrówka trwa już ... chwila zastanowienia... 42 lata.
W międzyczasie przynajmniej milion razy zmieniałem cel, ekwipunek, towarzyszy podróży.
Za sobą mam wzloty i upadki.
Strome podejścia, zwariowane zjazdy, błądzenie w gęstym lesie, spływ prądem rzeki, gonitwę i opóźnienie...
Góry, oceany, doliny, burze, zorze poranne, tęcze, pustynie i oazy...
Widziałem zwierzęta małe nieporadne, dzikie i waleczne, płochliwe i agresywne...
Czułem wiatr, słońce, lęk i euforię, głód, pragnienie, samotność i zaspokojenie...
Smakowałem słodko kwaśne smaki moich decyzji, gorzki smak porażki i ostry posmak przygody...
Wszystko to zapakowałem do plecaka.
Mam wciąż w sobie niewyczerpane pokłady ciekawości i chęci, by iść do przodu.
Szukam.
Błądzę.
Zmierzam do celu.
Dokąd?
Dziś to wiem, jutro już wątpię.
Kilka lat temu dostałem latarkę.
Światło płynące od Boga.
Mrok dookoła mnie rozproszył się i lepiej widzę, gdzie stąpam.
Każdego dnia kolejne kroki.
Otoczony własnymi pragnieniami, słabościami, siłą, nadzieją, wspomnieniami, doświadczeniem....
Wstaję każdego poranka i mierzę się z tym, co już umiem, z tym czego właśnie się uczę i z tym, czego jeszcze nie znam.
Przyglądam się sobie i światu dookoła.
I chcę o tym opowiedzieć.

O banalnych i błahych sprawach.
O intymnych rzeczach.
O tajemnicach.

Chcę odkrywać i ujawniać.
Mówić i opisywać.
A Ty możesz mi towarzyszyć.