Po kilkumiesięcznej przerwie powróciłem do oglądania pewnego serialu.
Myślę, że jest on na tyle znany, że nie potrzebuje specjalnej reklamy lub recenzji.
Wypadkową całej historii i kolejnych perypetii jest spotkanie czwórki genialnych naukowców. Młodzi, inteligentni i spełniający się zawodowo faceci, którzy w żaden sposób nie potrafią nawiązać trwałych relacji z kobietami.
Nie wiem, czy to reguła ale każdy z nas zna z własnego życia (o ile jego samego nie dotyka owy problem) przynajmniej jeden przykład ponadprzeciętnie zdolnej osoby, tak zwanego kujona, który jest w danej społeczności dyskryminowany albo nawet "gnębiony" z różnych względów. Bo albo nie lubimy, gdy ktoś jest od nas zawsze lepszy i wszystko zawsze wie albo nie lubimy dziwaków.
Na początku serialu główni bohaterowie robią wszystko źle, gdy próbują znaleźć tą jedyną i właściwą. A może, by znaleźć w ogóle jakąkolwiek.
Choć prześcigają się w pomysłach i zabierają do rzeczy pozornie właściwie, po krótkiej chwili zazwyczaj wszystko wybucha, jak granat ręczny i rozrywa każdą szansę na strzępy.
Pewnie tak była idea twórców serialu. Jednak wszystko po jakimś czasie przestaje śmieszyć, więc po kolei, jeden po drugim w końcu odnajduje przysłowiową drugą pasującą połówkę jabłka.
Nawet Sheldon (i wszystko stało się jasne). Tak, mowa o "Teorii wielkiego podrywu". Sheldon jest, moim zdaniem, kręgosłupem serialu. A przynajmniej według mnie najzabawniejszym jego ogniwem. Wokół niego kręci się wszystko. W przenośni i rzeczywistości, ponieważ Sheldon jest książkowym przykładem narcyza. Ale to dopiero czubek góry lodowej, bo Sheldon jest przede wszystkim autystą i to połączenie zagraża całemu otoczeniu i jak podmuch bomby atomowej, zmiata wszystko i wszystkich, których dosięgnie.
Chociaż oglądając serial wydaje się to absurdalne i nierealne, dzięki eksperymentowi kolegów, który miał być zwykłym zabawnym żartem i jemu udaje się spotkać kobietę, która ... ale to pozostawię milczeniem, gdyż może ktoś właśnie ogląda serial i jeszcze nic nie wie.
Amy, wybranka Sheldona, jest naukowcem, również o nietuzinkowej wiedzy i mądrości. To kobieta, która odnosi ogromne sukcesy zawodowe ale społecznie jest odizolowana, jak męscy główni bohaterowie.
Choć przyciąga i imponuje umysłem, fizycznie blednie.
Skromna i nudna fryzura, a także ubiór, niedoświadczenie towarzyskie, gafy i nietakty przyklejają jej łatkę "szarej myszki".
Amy, poprzez swoją grację słonia w składzie porcelany, jest na początku śmieszna . Czasami denerwuje, jak Sheldon.
Świadomie, czy nie początkowo nie zwraca się na nią uwagi.
Amy ginie w tłumie.
Amy jest szara i bez wyrazu.
Amy jest dziwakiem i dla mnie przez długi czas jest zupełnie nieatrakcyjna.
Jednak dopasowanie tej dwójki przeraża, a ich początek można spuentować słowami owych kolegów, którzy zainicjowali spotkanie:
Co myśmy najlepszego zrobili !!!
Tak, zapowiada się chaos i zagłada.
Jednak okazuje się, że Amy jest nieprzeciętnie inteligentna i bystra. Wbrew pozorom szybko się uczy, rozpoznaje błędy, elastycznie zmienia taktykę, posiada intuicję i wrażliwość.
A przede wszystkim Amy bez pamięci poddaje się i daje porywać uczuciu względem Sheldona. Choć trudno to zrozumieć, poza jednym jedynym, małym wyjątkiem, Amy jest przekonana, że Sheldon to właśnie ten jedyny i właściwy. Otoczenie widzi w Sheldonie dziwaka, egoistę, bezdusznego chama, a ona patrzy na niego, jak na nieoszlifowany, wyjątkowy diament.
Zakochana po uszy, zabiera się bardzo sumiennie do osiągnięcia swojego celu, czyli ostatecznego usidlenia swojego wybranka.
Są przemyślane fortele, zabiegi i podstępy.
Czasami z mniejszym lub większym efektem.
Jeden z moich ulubionych epizodów, to ten, gdy Amy w misterny sposób przygotowuje randkę z Sheldonem w swoim domu.
Sheldon z właściwym sobie stylem, eksponując swoją mądrość i oczywiście nieulegającą wątpliwości inteligencję, zdaje się demaskować i obnażać "podstępne" działanie Amy.
Kiedy ta, jako romantyczne tło muzyczne, puszcza melodyjkę ze starej ulubionej gry Sheldona, ten z sarkazmem zauważa:
- chcesz skojarzyć ten moment, bym go pozytywnie zapamiętał z nostalgicznym i wspaniałym wspomnieniem z mojego dzieciństwa....?
Amy tylko się uśmiecha.
Gdy pyta się Sheldona, czy miałby ochotę na jego ulubiony shake truskawkowy, kolejny niezapomniany skarb jego młodzieńczych lat, ten komentuje, że chce go przekupić, jak robiła to zazwyczaj jego własna matka.
Amy jeszcze szczerzej się uśmiecha.
A gdy ukochana przechodzi do dania głównego, odkrywając pokrywkę stojącego na stole półmiska i proponując pizzę i kawałkami hamburgera, Sheldon w fali euforii rzuca:
- o rety, jak w domu...!
Dodając:
-chyba musimy to częściej powtarzać...!
I w tym momencie gryzie się w język, zauważając, że Amy zastawiła na niego pułapkę i mimo jego czujności, wyszła z tego zwycięstwo.
Amy powoli ale wytrwale dojrzewa w tej relacji. Z szarej, lekko żartobliwej, beznamiętnej postaci rozwija się w cierpliwie słuchającą i niesamowicie wrażliwie reagującą kobietę.
Amy imponuje spokojem. Prawie, jak gladiator, przyjmuje mniejsze i większe nietakty i ciosy Sheldona. Zdaje się coraz lepiej go rozumieć i coraz mocniej akceptować to, jaki jest. Przy tym nie lekceważy jego gruboskórności i okrucieństwa. Z jednej strony wydaje się rozumieć, że owe negatywne zachowanie w większości przypadków płynie z Sheldona nieumiejętności czytania emocji i tzw. słów miedzy wierszami ale z drugiej strony konfrontuje go z ową prawdą i w iście mistrzowski sposób, wykorzystując przykłady, tłumaczy jego błędy i słabości.
A co najważniejsze zwykle odnosi sukces i dociera do ukochanego, do jego prawdziwych przemyśleń i wniosków, często zagubionych w egoistycznych przyzwyczajeniach i zwyczajach Sheldona.
Na oczach widza zarówno Amy, choć inteligentna ale niepozorna szara myszka i rozpieszczony, samolubny i myślący wyłącznie o sobie Sheldon zmieniają się i ukazują piękne, dobre i wrażliwe postawy.
Amy czyni cuda. Działa rzeczy, które nie udały się nigdy i nikomu.
Jak Dawid z gracją i pomysłowością powala Goliata, niepokonanego, siejącego strach olbrzyma.
Dałbym oskara twórcy i pomysłodawcy postaci Amy.
Choć to fikcja Amy jest przykładem dobra, które potrafi zwalczyć zło.
Amy dzięki swojej cierpliwości, wrażliwości, spokojnemu usposobieniu, pokorze, wytrwałości i oczywiście wewnętrznej mądrości ale i także pracy nad sobą i emocjami, przemyślanej pracy nad drugą osobą odnosi sukces, dociera do celu.
Amy udaje się okiełzać dzikość i nieokrzesanie Sheldona.
Amy dociera do jego wnętrza i poprzez własną postawę zmienia jego samego.
Amy fizycznie się nie zmienia, wizualnie jest nadal tą dawną, niepozorną osobą. Przechodzi jednak niesamowitą wewnętrzną i mentalną przemianę.
A ja łapię się na tym, że Amy coraz bardziej mi się podoba, ponieważ odkrywam czym dla mnie jest kwintesencja i istota kobiecości.
Prolog
Od dobrej godziny snuliśmy się piaszczystymi uliczkami po tej zaspanej i skąpanej w ciszy wiosce. O ile w ogóle to miejsce mogę tak nazwać, choć prawnie właśnie taki status posiada. Wygląd dzisiejszej wsi odbiega znacząco od obrazu, który nadal przechowuję w swojej pamięci. Od obrazu babcinej wioseczki, leżącej na wzgórzu w dolinie Wisłoki w północnych Bieszczadach.
Dziś wieś nie ma rozciągniętych po łąkach, czarnobiałych stad krów. Nie ma zapachu pochrząkujących świń. Nie przygląda ci się podejrzliwie, stojący na straży kogut, chroniący sporej gromadki opierzonych dam. Trwa tak w dumnej postawie, przekrzywiając małą główką raz w lewo, raz w prawo. Grzebiąc w ziemi leniwie co jakiś czas chudymi łapkami, zakończonymi twardymi i zakręconymi szponami. W przeciwieństwie do niego, jego towarzyszek nie interesuje nic, poza wpatrywaniem się w seksowne, pokryte łuską czerwone łapki samca alfa. Tylko czekają na to zgrabna skrobnięcie gleby, a wówczas w poruszeniu ale pieczołowicie lustrują porytą ziemię w poszukiwaniu zaskoczonych robaków.
Na dzisiejszej wsi nie ma też koni i wozów. Przed każdym niemal domem stoi samochód, czasami dwa, nierzadko super luksusowe marki. Nie ma złotych łanów zbóż i niebieskich odcieni chabrów. Nie ma odgłosu maszyn na polach. Ludzie nie uprawiają ziemi. Ziemniaki i cebulę kupują w biedronce. Ciężkie wory warzyw i owoców przyjeżdżają do nas lub przypływają z dalekich krańców Europy i nie tylko. Choć ziemi u nas pod dostatkiem. Jest żyzna i płodna.
Ta wioska nie ma już tego zapachu, gwaru i magii. Choć może ta magia była tylko tworem wyobraźni dziecka, jakim byłem i tych beztroskich wakacji, jakie spędzałem u babci na wsi.
Z zamyślenia wyrywa mnie głos w a samochodzie:
- chyba nie znajdziemy tego domu!
- daj mi jeszcze chwilę - odpowiadam, chociaż wiem, że Aga jest już na granicy cierpliwości lub jej utraty i naprawdę mam ostatnią szansę, by szczęśliwie trafić na budynek, który udało mi się zlokalizować na mapie google.
A zaczęło się od ogłoszenia sprzedaży nieruchomości na witrynie otodom.pl. Obejrzałem zdjęcia, zamieszczone przez ogłoszeniodawcę. Szczegółowo przyjrzałem się przede wszystkim fotkom zrobionym na zewnątrz. Dokładnie przeanalizowałem ułożenie budynków sąsiadujących i postanowiłem odszukać tą nieruchomość w realu. Z jednej strony po to, by dotrzeć bezpośrednio do właścicieli, omijając pośredników, a tym samym próbując zaoszczędzić na prowizji. Z drugie strony, by w spokoju wszystko obejrzeć, bez ciśnienia, oczekiwań i zobowiązań.
Natrafiałem na to ogłoszenie regularnie już od dobrych kilku miesięcy. Od czasu do czasu znajome zdjęcia rzucały mi się w oczy. Do tej pory odrzucałem je stanowczo.
O dyskwalifikacji decydowało tylko jedno, jedyne kryterium: dom był po prostu za daleko Olsztyna, gdzie na razie wspólnie mieszkaliśmy. Niestety wkrótce musiało i miało się to zmienić, a gdybym się tutaj przeprowadził, mielibyśmy do siebie spory kawał drogi, co byłoby dużym logistycznym utrudnieniem w naszej i tak niełatwej relacji.
Po miesiącach poszukiwań, po dziesiątkach domów, które obejrzałem, niektóre nie przechodziły nawet wstępnej wizji lokalnej z zewnątrz. Po tysiącach rozmów z pośrednikami, byłem już tak załamany i zdesperowany, że w końcu zdecydowałem się na ten dom spojrzeć.
Nieruchomość, poza tym, że, jak wspomniałem, do tej pory nie brałbym tej inwestycji na poważnie właśnie przez lokalizację, posiadała mimo wszystko kilka atutów. Cena była dla mnie osiągalna, co było, nie ukrywam, mega ważne i przystępna, mimo że dom nie był wykończony. Jednak pomyślałem sobie, że to też mogę obrócić na moją korzyść, bo to przecież okazja, by "cztery ściany" samemu wykończyć i zaaranżować poszczególne pomieszczenia, bez konieczności akceptowania gustów i rozwiązań innych ludzi. Poza tym dom był duży i posiadał realne możliwości podzielenia go na 2 osobne mieszkania, a o to nam właśnie chodziło. Dzięki temu, moglibyśmy złapać przysłowiowe, dwie sroki za ogon. Mielibyśmy dwa mieszkania, po jednym dla każdego, pod jednym dachem. Tak to sobie wymyśliłem.
Nieruchomość, poza tym, że, jak wspomniałem, do tej pory nie brałbym tej inwestycji na poważnie właśnie przez lokalizację, posiadała mimo wszystko kilka atutów. Cena była dla mnie osiągalna, co było, nie ukrywam, mega ważne i przystępna, mimo że dom nie był wykończony. Jednak pomyślałem sobie, że to też mogę obrócić na moją korzyść, bo to przecież okazja, by "cztery ściany" samemu wykończyć i zaaranżować poszczególne pomieszczenia, bez konieczności akceptowania gustów i rozwiązań innych ludzi. Poza tym dom był duży i posiadał realne możliwości podzielenia go na 2 osobne mieszkania, a o to nam właśnie chodziło. Dzięki temu, moglibyśmy złapać przysłowiowe, dwie sroki za ogon. Mielibyśmy dwa mieszkania, po jednym dla każdego, pod jednym dachem. Tak to sobie wymyśliłem.
Sprytnie, nieprawdaż?
- może już wracajmy. Szkoda naszego czasu. Muszę się jeszcze przygotować na jutrzejsze zajęcia w szkole - słyszałem już irytację w głosie mojej pasażerki i sam zaczynałem się denerwować jej zniecierpliwieniem.
Bo to jest tak: Agnieszka jest z natury cierpliwa ale kiedyś w końcu zaczyna marudzić. Na początku tego stanu, jeśli robimy coś, na czym mi zależy, jestem w stanie opanować te jej narastające negatywne emocje i mam szansę ją ugłaskać ale każdy ma swoje granice i ona także. Jeśli pozwolę jej, tą jej granicę przekroczyć, zacznie się złościć na poważnie, a od tego już tylko malutki krok do strzelenia focha.
A jak to się stanie to już pozamiatane.
Obrazi się.
Zamknie.
Nie będzie odzywać.
I szlag trafi całą atmosferę i nastrój.
A wtedy będę próbował ją "przywrócić do życia", a ta moja cholera jest bardzo uparta i za punkt honoru bierze sobie twarde obstawanie przy swoim. I kiedy ta sytuacja się przeciąga, sam zaczynam się złościć, aż w końcu się wkurzam.
Po czym się kłócimy dość intensywnie, jak przystało na nasze temperamenty. W takich momentach rzadko dochodzimy do porozumienia. Wzburzeni widzimy tylko własne racje i kończy się tym, że śpimy odwróceni do siebie plecami. Ba czasami nawet ktoś, ten bardziej obrażony, ląduje na kanapie. A już w najgorszych, ekstremalnych sytuacjach Aga pakuje swoje rzeczy i w teatralny sposób oznajmia mi, że ten związek nie ma sensu i się wyprowadza.
Wtedy tydzień z życia mamy z głowy.