Przez wielu opatrznie rozumiany, jak święto zmarłych. To znaczy skojarzenia te są, jak najbardziej właściwe, ponieważ w większości mówimy o tych, którzy odeszli ale to przede wszystkim ci, którzy tu w czasie ziemskiego życia tak bardzo spodobali się Bogu, że oczekiwał ich w Niebie z otwartymi ramionami i dołączył do grona swoich ukochanych.
Oczywiście chcielibyśmy, by każdy zwłaszcza z naszych najbliższych, przyjaciół i znajomych właśnie tam trafił ale świadomi przede wszystkim siebie, wiemy, że to nie jest takie proste.
Ludzie wiary. Staram się też o sobie tak myśleć.
Jak to pięknie brzmi.
Tak dumnie.
Jednak, gdy się na sekundę nad sobą zatrzymam, mój biały czysty statek rozbija się o skały nie zawsze czystych słów, myśli, decyzji i czynów. A najgorsze są motywacje. Czy nawet najpiękniejsze gesty, które nie wypływają z mojego serca, dobra i bezinteresowności, a podyktowane są prywatnymi względami i chęcią osiągnięcia pewnego celu, nadal są piękne?
Przykład. W pracy boję się swojego przełożonego, bo to trochę człowiek niezrównoważony i potrafi świadomie, czy nie, stosować mobbing psychologiczny. Więc od czasu do czasu obmyślam, co zrobić, by sprawić mu przyjemność ale ?
Ale łapię się na tym, że przynosząc mu na przykład jego ulubiony rodzaj czekolady, nie robię tego, bo go lubię lub chce zrobić mu miłą niespodziankę płynącą z dobroci serca, lecz, by go pozytywnie nastroić. OK nazwij to właściwie, by podlizać się, by był w dobrym nastroju i dał mi spokój.
Motywacje, a czyn. Czyn a motywacje?
Poza tym każdy kto ma choć trochę odwagi do prawdy i choć śladowe ilości samoświadomości wie, że wszystko jest zazwyczaj względne...
Każde słowo wymawiane przez kolejnego człowieka brzmi i smakuje inaczej.
Gdybyś zrobił wywiad wśród choćby swojej rodziny i zapytał o definicję najprostszych słów: miłość, pokój, prawda, wiara, zło i dobro. Otrzymałbyś zapewne sto tak bardzo różniących się odpowiedzi, jak niebo i ziemia.
A teraz siedzę sobie w sali jadalnej ogromnego hostelu w centrum Kolonii. Niestety po raz kolejny spędzam 1ego listopada częściowo w drodze i częściowo w pracy.
Niestety ale teraz chciałbym chwilę zatrzymać się nad tym słowem.
Niestety, bo siedzę tutaj.
Dla nas Polaków to święto jest ogromnie ważne.
Przemilczając to, że masowo i bezmyślnie mylimy dzień Wszystkich Świętych z dniem tzw. Zaduszek.
Tłumnie i z namaszczeniem przygotowujemy i sprzątamy nagrobki naszych bliskich, odwiedzamy je tego dnia, przynosząc tony wosku, kwiatów i wyjątkowo głośno wypowiadane modlitwy i prośby.
A ja siedzę tutaj.
Co prawda popijam świeżą kawę i podgryzam tosta z dżemem ale chciałbym spędzić ten dzień w domu z najbliższymi.
Ale?
Motywacje?
Przyglądam się swojemu sercu.
Jestem przygnębiony i nie czuję się komfortowo ale może dlatego, że zmierzam do pracy, czeka mnie kilka dni poza domem, z daleka od znajomych mi ludzi, którzy sprawiają, że czuję się bezpieczny.
Jestem tutaj, a tam w domu inni mają dzień wolny, ja za chwilę rozpocznę swoje obowiązki i czas, który nie zawsze jest prosty i spokojny.
Siedzę sam, a tam w domu wszyscy spotkają się po południu i razem zjedzą obiad i będą gawędzić.
Chciałbym spędzić to święto w domu i pójść na cmentarz, zapalić świeczkę, pomodlić się.
Jak bardzo jest to prawdziwe?
W przeddzień święta dowiedziałem się, że można uzyskać odpust zupełny.
Super.
Nie wiedziałem.
Powinienem?
Ale na jakich warunkach?
Nie wiedziałem.
Powinienem?
Każdego dnia jeden dla kogoś kto odszedł.
Aha.
Nie dla siebie?
Szkoda.
Egoista.
Czy dla kogoś innego starczy mi zapału, by wypełnić wszystkie warunki.
A pierwsza myśl była przyjemna, by znowu o siebie zadbać.
Motywacje.
Pójść na cmentarz, zapalić świeczkę, pomodlić się.
Jak bardzo świadomie?
Jak mocno i intensywnie prosiłbym o przebaczenie, nie dla mnie, dla kogoś innego?
Czy nie ograniczyłbym się do znaku, gestu, tekstu modlitwy?
Prawda choć zawsze tylko jedna, nie zawsze właściwie rozpoznana.
A ja siedzę tutaj i rozglądam się.
Wokoło pełno ludzi.
Samotnie i w grupach.
Jedzą. Milczą i rozmawiają.
Planują kolejny cenny czas ich życia.
Rozglądam się i dochodzę do wniosku, że jestem we właściwym miejscu.
Mój stolik znajduje się pośrodku sali. Pod sufitem wiszą ogromne żyrandole, które rzucają światło na obie górne nawy. Spoglądam na schody z przodu sali prowadzące na podwyższenie. Teraz jest puste ale wcześniej stał tam wielki stół z kamienia. Wyobrażam go sobie. Za nim ściana i szafeczka z małymi przepięknie zdobionymi drzwiczkami. I to charakterystyczne czerwone światełko, które każdemu odwiedzającemu mówiło, że tu Jesteś.
Widzę to oczyma wyobraźni.
Kiedyś był tu Kościół.
Teraz jest hostel.
Uśmiecham się, bo mimo tej zmiany, nadal przychodzą tu ludzie.
Nadal tłumnie.
Nie wszyscy są świadomi tego miejsca ale ja wierzę, że nadal tu Jesteś.
I nadal przyciągasz.
A wielu nawet nie wie, że tutaj spotyka Ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz