Przystnek 2 - Być ponad to

Być ponad to.

Być nie więcej ale mniej.

Nie być pond to bogatszym, piękniejszym, sprawniejszym, odnoszącym sukces.
Tylko być ponad własną złość, uprzedzenie, egoizmem i ukochanie siebie.

Znowu jedno wyrażenie, a można je opatrzenie zrozumieć.
Znowu jedno skrzyżowanie, a można wybrać inną drogę.

Nie wiem skąd to wyrażenie pochodzi ale wiem, że często je w życiu używamy.
Pocieszając przyjaciela, którego dziewczyn lub żona miewa kobiece humorki, mówimy: daj spokój, bądź ponad to.
Pocieszając brata lub siostrę, których szef stosuje mobbing w pracy.
Pocieszając ciotkę po stracie ukochanego psa.
Pocieszając Mamę i Tatę, że jeszcze przyjdzie czas na wnuki.
Pocieszając żonę lub męża, gdy odmówiono im podwyżki.
Pocieszając... tak, inne osoby pocieszać łatwo wierząc, że prosto jest być ponad to.
Jednak samemu trudniej jest uwierzyć lub być ponad czymś, co nas boli, trapi i dotyka.

I odwrotnie.
Nie potrafimy zrozumieć, że przyjaciel nie może być ponad tym, że znowu nie możemy oddać mu długu, a brat nie może być ponad tym, że bez pytania wzięliśmy jego sweter, a rodzice ponad to, że akurat teraz nie mamy czasu, by ich odwiedzić, a żona ponad to, że zapomnieliśmy o rocznicy.

Być ponad to.
Znowu łatwiej narzucić to komuś innemu.
Znowu prościej dziwić się, że ktoś tego nie potrafi.
Znowu trudniej sememu się do tego dostosować.

22 lata temu ostatni raz normalnie rozmawiałem z moim Ojcem.

Trudno będzie mi być obiektywnym.
Trudno będzie mi być ponad to.

22 lata temu powiedziałem prawdę i podjąłem decyzję, która kompletnie nie spodobała się moim rodzicom i przez to nasze drogi się rozeszły.
Nie byłem i nie jestem bez winy.
Byłem święcie przekonany o swoich racjach, twardo obstawałem przy swoim, a później widząc reakcje, sprzeciw i mur milczenia, ja również odwróciłem się i poszedłem w swoją stronę.
Jednak nie na wszystko miałem wpływ, a częściowo rzeczy, o które źli byli rodzice zostały mi narzucone i nikt się mnie także nie pytał, czy tego chcę, czy nie.

Mijały lata, rocznice, pogrzeby i święta.
Mijał czas, a my stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy.
Nikt nie próbował rozmawiać, naprawiać.
Nikt nie chciał wyciągnąć pierwszy ręki.

Kilka lat temu moje drogi tak się pokręciły, a ja zagubiłem, że prawie popadłem w nicość. Na szczęście pomoc nadeszła z góry, odnalazłem Boga i poukładałem swoje życie.

Jestem teraz szczęśliwy!
Jestem teraz szczęśliwy...
Jestem teraz szczęśliwy?

Czy jestem szczęśliwy?
Czy potrafię być ponad to, że od lat nie mam kontaktu z rodzicami?

Zawsze mówiłem, że to nic.
Do siebie, do innych, do świata, do nich.
Mówiłem, że ich nie ma, że ich nie potrzebuję, że sobie poradzę.
I radzę sobie.

Mówiłem.
Ale czy tak czułem?

Czy byłem ponad to, że bolało mnie, że nie akceptują mnie i nie aprobują moich decyzji?
Wmawiałem sobie, że tak, a w życiu wciąż nieustannie walczyłem o akceptacje innych, próbowałem przypodobać się  ludziom i światu. Uśmiechając się i kłaniając.
Okrutnie przeżywając odrzucenia i porażki.

Mówiłem, że ich nie potrzebuję, że mam innych ludzi wokół siebie.
Ale czy tak było?

Czy byłem ponad to, gdy zasiadałem do wigilijnego stołu z rodzicami swojej dziewczyny?
Czy byłem pond to, gdy z najbliższymi mojej ukochanej jeździliśmy na ryby, chodziliśmy na grzyby, bawiliśmy się na rodzinnych imprezach?
Czy byłem ponad to, gdy remontowałem i urządzałem swój dom, podając wiertarkę ojcu swojej dziewczyny lub gdy mocowaliśmy deski na tarasie?

Nauczyłem się z tym żyć.
Nauczyłem się o tym nie myśleć.
Nauczyłem się za nich modlić.
Nauczyłem się nie pielęgnować złych emocji.
Wydaje mi się, że tych emocji nie ma, że jestem ponad to, bo tak powinienem.
Lecz czy jestem ponad to?

Kilka lat temu, gdy się nawróciłem, postanowiłem zawalczyć o nas.
Zdecydowałem się odwiedzić rodziców.
Poszedłem i przeprosiłem ich.
Powiedziałem, że zdaję sobie sprawę z tego, że swoimi decyzjami sprawiłem im przykrość, że ponoszę także częściowo winę za to, że nasze więzy się rozluźniły, że żałuję tych straconych lat.
Łzy płynęły mi po policzkach.
Na koniec powiedziałem, że mimo tych pustych lat myślałem o nich i że ich kocham.

Mój Ojciec wstał, odwrócił się i bez słowa wyszedł.

Później próbowałem jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu odpuściłem.
Dziś mija kolejny dzień, a my stajemy się sobie coraz bardziej obcy.

Mój Ojciec uważa się za gorliwego katolika, wierzy i chodzi do Kościoła.
Boli mnie to bardzo, ponieważ istotą nasze wiary jest miłość, przebaczenie, miłosierdzie.

Moje życie po nawróceniu bardzo się zmieniło, ja się zmieniłem.
Uczę się.
Przyglądam sobie.
Pracuję nad sobą.

Próbuję być ponad to.
Ponad to, że mój Ojciec nie potrafił sam wznieść się ponad własne rozczarowanie i zobaczyć we mnie swoje dziecko.
Ponad to, że nie miał odwagi, by mi powiedzieć: nie podoba mi się Twoja decyzja ale możesz na mnie liczyć.
Ponad to, że mimo moich wad, nie potrafił kochać mnie bezinteresownie.
Ponad to, że choć jest świetnym majsterkowiczem, niczego mi nie pokazał i niczego mnie nie nauczył mnie.
Ponad to, że choć go potrzebowałem i potrzebuję, nie chce być dla mnie wzorcem mężczyzny.
Ponad to, że mimo swoich emocji, upartości i gniewu, nie próbował nas połączyć.

Ostatnio usłyszałem na mszy piękne słowa o roli kobiety i mężczyzny w życiu każdej rodziny.
Wspomnę tu tylko o tej drugiej, męskiej stronie.
Otóż mężczyzna powinien być kanałem łaski dla każdej rodziny.
Ja rozumiem to w taki sposób, że mężczyzna powinien być łącznikiem.
Tak, jak kobieta scala dom swoją miłością, mężczyzna powinien chronić ją i prowadzić dobrą drogą.

Staram się być ponad to ale boli mnie, że mój Ojciec nie walczył o mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz